Homilia, X Niedziela Zwykła, rok C, 2

Homilia na 10 Niedzielę Zwykłą, Rok C

 

Oświadczam wam bracia, że głoszona przeze mnie Ewangelia nie jest wymysłem ludzkim (…) lecz objawił mi ją Jezus Chrystus (Ga 1, 11).

 

Drodzy Bracia i Siostry!

 

Każdy z nas pamięta pewnie bajkę Kornela Makuszyńskiego Przygody Koziołka Matołka. W końcówce tej bajki – nie zawsze, ale bardzo często – pojawia się taki wierszyk: Westchnął cicho nasz koziołek i znów poszedł biedaczysko po szerokim szukać świecie tego co jest bardzo blisko. Psychologowie bardzo lubią mówić o syndromie Koziołka Matołka. To znaczy, że są tacy ludzie, którzy całe życie szukają szczęścia, ale zamiast szukać tego szczęścia blisko, zawsze szukają gdzieś daleko. Będę szczęśliwy, jeśli zmienię pracę, jeśli się rozwiodę, jeśli będę zarabiał więcej pieniędzy, jeśli będę miał nowy samochód, jeśli dostanę awans, itd. Tymczasem najlepiej szczęścia szukać właśnie blisko siebie, w swoim otoczeniu, w swoim środowisku. Będę właśnie szczęśliwy, jeśli sobie poradzę z problemami w obecnej pracy, w mojej rodzinie, itd.

Rozmawiam czasami z młodymi ludźmi, którzy żyją w konkubinacie. To są przeważnie dobrzy ludzie, wrażliwi, ale strasznie zagubieni, zdezorientowani. Mam wrażenie, że bardzo często bardziej żyją życiem celebrytów, aniżeli swoim własnym. Stąd to zagubienie. Bo chcą być tacy, jak oni. A sami dobrze wiemy, że nie będą nigdy. I pytam ich: Dlaczego nie bierzecie ślubu? Dlaczego skazujecie się na potępienie? Najczęstszymi odpowiedziami, które słyszę są: Musimy najpierw dorobić się. Musimy zebrać na ślub i wesele. Musimy najpierw kupić mieszkanie. Musimy znaleźć dobrą pracę. A przecież w małżeństwie chodzi właśnie o budowanie trwałej wspólnoty życia. Co zatem będą budować w małżeństwie, skoro chcę najpierw wszystko zbudować poza małżeństwem? A efekt takiego budowania bardzo często jest mizerny. I budzą się po czterdziestce i odkrywają, że ani nie mają wymarzonego domu, ani najlepiej płatnej pracy, w dodatku są pełni rozczarowania i skonfliktowani w swoim związku. No i też pojawia się problem potomstwa, bo lata już nie te, a wcześniej za dużo było antykoncepcji.

Pewnie jak zmienimy pracę, czy kupimy nowy samochód, czy będziemy mieli więcej pieniędzy, czy dostaniemy awans, może będziemy wówczas bardziej szczęśliwi. Ale także bez tego możemy być zadowoleni z życia. Dlatego warto przypomnieć sobie ten wierszyk, który słyszeliśmy już w latach dziecięcych: Westchnął cicho nasz koziołek i znów poszedł biedaczysko po szerokim szukać świecie tego co jest bardzo blisko.

 

Drodzy Bracia i Siostry!

 

To szukanie daleko, tego, co jest blisko odnosi się także do dzisiejszego słowa Bożego. Ludzie szukają szczęścia w rozmaitej magii, w wątpliwych systemach filozoficznych czy religijnych (uprawianie jogi – jaka joga, z dzieckiem na rower i wspólna modlitwa). Dla niektórych szczęście to kult ciała (kremy, siłownia, a jak mówi przysłowie: Z pustego to i Salomon nie naleje) albo kult pieniędzy.

Tymczasem prawdziwe szczęście daje tylko żywa obecność Jezusa Chrystusa w naszym życiu oraz nasza świadomość o tym. Nawet, jak jestem brzydki. Nawet, jak nic nie potrafię. Nawet, jak nikt mnie nie kocha. Zdarza się. Dla Chrystusa zawsze jestem i piękny i potrafię wszystko i On mnie na pewno kocha.

Niedawno była uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa – Boże Ciało. Wielu ludzi szuka gdzieś daleko jakichś doznań mistycznych, nirwany, medytacji, cudów. Tymczasem cud dokonuje się blisko nas. Gdzie? Na Eucharystii. Na mszy świętej. Doznania mistyczne są tu gwarantowane. Trzeba tylko zrozumieć, czym jest Eucharystia. Jak komuś brakuje wiary w tym względzie zapraszam do Sanktuarium w Sokółce. Bł. Jan Paweł II pytał w swojej ostatniej encyklice, poświęconej Eucharystii: Czy Apostołowie, którzy uczestniczyli w Ostatniej Wieczerzy, byli świadomi tego, co oznaczały słowa wypowiedziane wówczas przez Chrystusa? (EE 2). I szybko odpowiedział: Chyba nie. Stało się to dla nich jasne dopiero po zakończeniu „Triduum sacrum”, to jest po przeżyciu wydarzeń, jakie miały miejsce od wieczora Wielkiego Czwartku do poranka Wielkiej Niedzieli (EE 2).

A my czy rozumiemy, czym jest Eucharystia? Czasami ludzie pięknie przeżywają Mszę świętą. Modlą się, śpiewają, słuchają Bożego słowa. A sam moment przyjęcia Komunii świętej jest dla nich szczególnym doświadczeniem. Dziękuję wam przy tej okazji za wasze uczestnictwo w globalnej adoracji w minioną niedzielę, czy na procesjach eucharystycznych w ubiegłym tygodniu.

Ale czasami w tych naszych praktykach wyraźnie widać, że nie ma wiary. Zdarza się, że nie słuchamy słowa Bożego. Przychodzimy do kościoła, aby porozmawiać w czasie głoszenia słowa Bożego. Zamiast przeżywać Mszę świętą, to odmawiamy rozmaite litanie. Nawet ostatnie zachowanie podczas procesji Bożego Ciała pokazało, że też nie jest idealnie. To prawda, że deszcz mógł popsuć atmosferę modlitwy. Ale wielu było przypadkiem. Doskonale się bawili prowadząc rozmaite rozmowy. Warto postawić sobie pytanie: Ilu z nas nudzi się na Mszy świętej? Ilu z nas, jak sobie uświadomi, że oto Msza święta w pierwszą niedzielę miesiąca, to mówi: Znowu dziś ta adoracja. Co ja będę robić na tej adoracji? No właśnie, jak nie ma wiary, to co robić na tej adoracji?

Ludzie pytają mnie czasem, dlaczego nie błogosławię dzieci podczas udzielania Komunii świętej. Czyżbym nie kochał dzieci? Nie chcę o tym mówić teraz, bo to odrębny temat. Ale to błogosławienie dzieci w tym czasie to praktyka, która niewątpliwie zbliża nas do zbezczeszczenia Najświętszego Sakramentu, którego okruchy ma kapłan przecież na palcach. Proszę mi pokazać dokument Kościoła, który zachęca do takiej praktyki! Nie ma! Natomiast jest wiele dokumentów piętnujących negatywne praktyki. Ktoś odpowie, ale przecież sam Chrystus zachęca: Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie. Nie przeszkadzajcie im… (Mk 10, 14). To prawda, ale tych słów nie wypowiada Jezus w kontekście mowy eucharystycznej. Zapraszam po błogosławieństwo w innym czasie, na przykład po Mszy świętej. Z przyjemnością go udzielę.

 

Drodzy Bracia i Siostry!

 

Oświadczam wam bracia, że głoszona przeze mnie Ewangelia nie jest wymysłem ludzkim (…) lecz objawił mi ją Jezus Chrystus (Ga 1, 11). Tak poucza nas dziś św. Paweł w Liście do Galatów. Każdy katolik, każda katoliczka głoszą zatem nie swoją naukę, czy naukę jakichś tam ludzi, ale naukę samego Chrystusa. Gdybyśmy dzisiaj głosili swoją naukę – zgodnie z zasadą a mnie się wydaje – to trzeba czym prędzej to zmienić, aby przypadkiem nie być skazanym na wieczne potępienie w piekle.

Jeden polityk partii lewicowej w Polsce – notabene dziwię się, że jeszcze jest on w polityce – ośmielił się ostatnio skrytykować kard. Stanisława Dziwisza za to, że w kazaniu na Boże Ciało zachęcał do odrzucania, pogwałcenia prawa stanowionego, a przestrzeganie prawa Bożego. Po pierwsze, to są argumenty znane już z czasów komunizmu, które miały na celu ośmieszyć pasterzy Kościoła. Starsi pamiętają, jak media próbowały wówczas skłócić kard. Wyszyńskiego z kard. Wojtyłą, albo jak media negatywnie prezentowały postać ks. Jerzego Popiełuszki. A po drugie, już Pismo Święte poucza nas: Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi (Dz 5, 29). Stąd też na pierwszym miejscu należy bezwzględnie przestrzegać prawa naturalnego, prawa Bożego, które jest nadrzędne wobec jakiegokolwiek innego prawa i zarazem jedynie obiektywne. Natomiast jeśli prawo stanowione przez kogokolwiek jest zgodne z prawem naturalnym, mamy je brać pod uwagę, jeżeli zaś jest niezgodne, można nam je odrzucić i nie mamy wówczas grzechu, to znaczy nie musimy się z tego spowiadać. To jest oficjalna nauka Chrystusa i Jego Kościoła. I ta nauka głoszona przez nas nie jest wymysłem ludzkim, lecz objawił nam ją sam Jezus Chrystus (por. Ga 1, 11). Amen.

 

Ks. Marcin Kołodziej

Liturgia Kościoła
 
W zakładce "Bibliografia"
do pobrania publikacje
ks. Marcina Kołodzieja